Shoot em up jest filmem akcji i od samego początku do końca filmu jest po brzegi naładowany akcją. Zaczyna się sceną w przygnębiającej lokacji, gdzie bliżej nieokreślony mężczyzna pije kawę i zagryza marchewką(!). Chwilę później przebiega ciężarna kobieta, a zaraz za nią zbir bynajmniej nie zamierzający jej pomóc. I tu do akcji wkracza nasz bohater efektownie zabijając zbira wspomnianą wcześniej marchewką. W międzyczasie pojawia się jeszcze więcej łotrów, z którymi Smith (bo takie jego nazwisko) się rozprawia, w wolnej chwili odbiera poród i chwilowo ratuje kobietę. Chwilowo, bo minutę później jest już martwa, a Smith zostaje z noworodkiem w ręku. I w sumie o to dziecko przez resztę filmu będzie się toczyć wojna. Dynamiczna wojna, pełna krwi, ołowiu, Ciętych Ripost i Wisielczego Humoru.
W głównych rolach wystąpili: Clive Owen, Monica Bellucci (i jej biust) oraz Paul Giamatti w roli Tego_Złego. Film trwa 1.5 godziny i nawet na chwilę nie daje nam oderwać oczu od ekranu. Cały czas coś się dzieje, od początku do końca. Choreografia scen walk jest niesamowita, miejscami przerysowana, trochę komiksowa w swoim stylu, ale bardzo dobrze na tym wypada.
Grze aktorów nie można nic zarzucić, w swoje role wcielili się bardzo dobrze, a przeklinająca po włosku Bellucci… Mmmm, nic dodać, nic ująć.
Ścieżka dźwiękowa jest składanką utworów znanych nam wykonawców, jak Motorhead, Nirvana, AC/DC, Iggy Pop & Green Day i inni, i dobrze wpasowuje się w konwencję filmu.
Z czystym sumieniem mogę ten film polecić jako warty obejrzenia.